Ośrodek wypoczynkowy, konferencyjny i szkoleniowy oraz Dom weselny
Kiedy pod koniec 1898 r. pradziadek Henryk Korwin – Krukowski kupował niewielki, otoczony pięknymi sosnowymi lasami Puszczy Białej, mająteczek Lipnik, jedynym środkiem transportu była kolej Warszawsko-Petersburska. Pociąg zwalniał w polu, a maszynista wołał przez okno, żeby „powiedzieć we dworze, że trzeba konie wysłać do Prabut po przyjezdnych gości”. Zanim pociąg przejechał do tego następnego przystanku, stangret już czekał z bryczką. Dopiero parę lat później powstała bliżej położona stacja Prietycz (dzisiejsza Przetycz).
Te nie najlepsze połączenie ze światem w niczym nie przeszkadzało w rozwoju tych okolic. Centrum regionu stanowi Długosiodło. Chlubi się ono jedną z najstarszych, udokumentowanych na Mazowszu historią. Powstało bowiem co najmniej 800 lat temu. Miało przyznane prawa miejskie (które potem straciło), osiedlali się w nim zarówno rolnicy, jak i bartnicy, pracowały młyny i tartaki .Mało tego - Długosiodlanie mieli nawet własny samorząd wzorowany na prawie niemieckim. Większe zawieruchy wojenne, zarazy i nieszczęścia omijały te strony. Ale, częściowo udokumentowane, przekazy o Napoleonie, który jednym z tamtejszych traktów jechał na Moskwę miały miejsce.
Ten sielsko-anielski stan, krainy mlekiem i miodem płynącej, trwał przez lata, kiedy tereny te wchodziły w skład latyfundiów należących do biskupstwa płockiego. Gorsze czasy nadeszły, kiedy na początku XIX w przeszły w ręce rodziny Markuszewskich. Jeden z nich, musząc pospłacać dług, zaczął majątek dzielić i sprzedawać. I w ten sposób część dóbr długosiodlańskich przeszła w ręce pradziadka Henryka Korwin-Krukowskiego.
Pradziadek miał dwie córki - Henrykę i Helenę. Pierwsza wraz z mężem i trójką dzieci mieszkała na stałe w Warszawie, a do Lipnika wyjeżdżała jedynie na ” letniaki ”. Druga - bezdzietna, wraz z mężem Karolem Dąbrowskim spędzała tam większą część roku. Mieszkali w starym drewnianym dworku, który wraz z dużym gospodarstwem otoczony był pięknym parkiem, którego resztki przetrwały do dziś. Nazwa Lipnik wzięła się od alei lipowej, którą pradziadek zasadził od domu w stronę Długosiodła.
W okresie międzywojennym tamte strony, począwszy od miejscowości Rybienko k/Wyszkowa a na Przetyczy kończąc, ze względu na swoje walory krajobrazowo-klimatyczne (suche, sosnowe lasy) traktowane były przez warszawiaków jako wypoczynkowo-uzdrowiskowe. W zdrowym, żywicznym lesie budowane były mniejsze, lub większe „letniaki” na których tle Lipnik prezentował się jako dwór.W zachowanym do dziś albumie, ze zdjęciami z początku XX wieku, widać typowe dla tamtych czasów obrazki. A więc, eleganckie panie w długich sukniach i kapeluszach siedzące pod parasolkami w sadzie, albo spacerujące pod starymi drzewami. Panów w melonikach z laseczkami dyskutujących przy jałowcach. Bawiące się dzieci, psy, scenki z gospodarstwa –konie, krowy, sianokosy, żniwa, w których brali udział okoliczni pracujący we dworze chłopi. Musieli tę prace szanować, bo na tych zdjęciach zawsze są w kapeluszach i białych, rozpiętych pod szyją koszulach.Do Lipnika należało wtedy 140ha, z czego 100 stanowiły lasy. Na malutkiej rzeczce Kabatce (Ostrówek) zrobiona była zapora, stał piękny, stary młyn (do dziś istniejący), a po stawie utworzonym ze spiętrzonej wody pływało się łódką.
Karol Dąbrowski był wykładowcą łaciny, autorem popularnego przed wojną podręcznika do nauki tego języka. Gospodarzenie w majątku traktował raczej hobbistycznie, ale biorąc pod uwagę, ze robił to na najlepszych w całej okolicy glebach, wychodziło mu to nawet nieźle. Do dziś przetrwały wśród okolicznych chłopów opowieści o stosowanej przez niego w uprawach „siedmiopolówce”- czyli siania w jednym roku wszędzie tej samej rośliny i powtarzania jej dopiero po upływie siedmiu lat. Jedno z większych potknięć miało miejsce, kiedy wiedziony pędem do nowoczesności, postanowił na miejscu starego drewnianego kurnika i perlikarni wybudować murowaną. Zrobił to - po czym wszystkie perliczki widocznie nie doceniające tej nowoczesności zdechły.Historia ta ma zresztą niejako swój ciąg dalszy. A mianowicie, już po wojnie, kiedy Lipnik przeszedł w ręce państwowe, przedsiębiorstwo które go otrzymało, wybudowało w parku i sadzie 5 pawilonów mieszkalnych dla wczasowiczów. PRL-owscy budowniczy jako wzór architektoniczny dla tych budynków wzięli ów nieszczęsny kurnik. Tuż przed wojną, w 1938 Karol Dąbrowski znowu zapragnął zmodernizować swój majątek. Zburzył więc stary drewniany dom, a w jego miejscu postawił, jak na tamte czasy, nowoczesny z szarej cegły budynek – który stoi do dzisiaj.
Do Lipnika Niemcy zaglądali stosunkowo rzadko, wiec często służył za schronienie dla partyzantów, ukrywających się Żydów lub mieszkańców Warszawy. Były momenty, kiedy mieszkało w nim kilkadziesiąt osób. Był też świetnym miejscem na przechowywanie nie kolczykowanych krów i trzody (czyli tego, czego Niemcy nie mogli zarekwirować). Dla najmłodszego siostrzeńca Dąbrowskich – Henryka, który często był tam przez rodzinę wysyłany z głodnej i niebezpiecznej stolicy jawił się jako raj na ziemi. Było co jeść, mógł się bawić z dziećmi, z „połatek” (czyli wojskowych namiotów) miał szyte spodnie. W razie nalotów wraz z ciotką Heleną i innymi mieszkańcami chowali się w rowie biegnącym pod dużymi starymi drzewami w parku. Najbardziej dramatyczne było dwukrotne przejście frontu - raz niemieckiego a potem rosyjskiego. Ironia losu powodowała, że za każdym razem zatrzymywał on się na liczącej najwyżej parę metrów szerokości Kabatce. Lokalne dowództwo zakwaterowywało się wtedy w domu, a mieszkańców wyrzucano do owego murowanego kurnika. Zimą z 1944 na 1945 r. Rosjanie przygotowujący się do przeprawy przez Narew ścinali masowo okoliczne piękne lasy. Nie za bardzo chciało im się schylać, więc cięli sosny na „stojąco”, pozostawiając po sobie dość upiorny krajobraz. Z tego też okresu mały Henryk pamięta defiladę, jaką na polu tuż obok domu odbierał osobiście marszałek Rokossowski .
Po wojnie Lipnik spotkał los taki sam jak innych majątków – został upaństwowiony. Karol Dąbrowski, dziadkowie Korwin- Krukowscy już nie żyli, więc w okrojonej do 3 ha resztówce została sama ciotka Helena, cały czas nazywana przez okolicznych mieszkańców „panią dziedziczką”. W 1949 r. „nieznani sprawcy” przyszli w nocy do domu i dali jej godzinę na wyprowadzenie się. Zdołała zabrać tylko osobiste rzeczy - wszystkie meble, obrazy, książki przepadły. Po 54 latach ostatni właściciele znaleźli w gęstych krzakach stary patefon.
Po nacjonalizacji przez krótka chwilę w Lipniku była ochronka .Okoliczni mieszkańcy wspominają obrazki kąpiących się w Kabatce czarnoskórych dzieci.W 1962r użytkownikiem majątku zostało Przedsiębiorstwo Budownictwa Ogólnego „Dżwigar” z Warszawy. Brało ono udział w budowie takich molochów komunistycznych jak n.p. Huta Katowice,wiec nie skąpiło materiałów i pieniędzy na zrobienie w Lipniku ośrodka kolonijnego na 100 dzieci. W sadzie wybudowano 5 pawilonów, wzorowanych na wymienionym już parę razy kurniku, jego zamieniono na kuchnię do której dobudowano stołówkę a przed stajniami wykopano basen i zrobiono boisko sportowe.
Trzeba przyznać, że przez dwadzieścia parę lat były to bardzo dobre kolonie. Ładna okolica i zamożność „Dźwigaru” powodowały, że wszystkie roczniki dzieci tu przyjeżdżających zachowały wakacje tu spędzane w miłej pamięci. Kolonijną tradycją było organizowanie przez każdy turnus pożegnalnych ognisk, połączonych z występami artystycznymi, które odbywały się nad meandrującą Kabatką. Występy te stanowiły dla lokalnych dzieci jedną z większych atrakcji lata.Teraz co roku zjawia się parę młodszych lub starszych osób (często z własnymi już dziećmi), żeby zobaczyć i powspominać miejsce, gdzie na ścianach pawilonów wypisywało się „Kocham Basię”, lub „Tu byłem – Janek 1972”
<
Tak było do 1989 r. kiedy skończył się czas organizowania kolonii. Dzieci przestały przyjeżdżać. Dom i pawilony teoretycznie pilnowane, praktycznie zaczęły popadać w kompletną ruinę. Wszystko co można było ukraść – ukradziono. Wysoki pokolonijny mur uratował jedynie częściowo ogród i sad. Na szczęście ostała się również aleja lipowa. Musiała nad nią chyba czuwać replika obrazu Matki Boskiej - Ostrobramskiej, przywieziona w 1934 r. z Wilna przez Henrykę Samsonowicz z domu Korwin -Krukowską i osadzona w przydrożnej kapliczce tuż przed wjazdem do Lipnika.